niedziela, 30 kwietnia 2017

|3| First blood

 Gdy razem z Randym, AJ i AJ'em wsiedliśmy do zamkniętej paki samochodu dostawczego, Kevin ruszył z kopyta wyraźnie nie szczędząc nogi na pedale gazu.
   Znałam to miasto lepiej niż niejeden. Nigdy się nie wyprowadzałam, od urodzenia mieszkałam w Chicago. A teraz, prując z zawrotną szybkością przez tak znajome mi ulice czułam się obco. Byłam jakby inną osobą. Nie byłam już tą beztroską Sashą, szlajającą się po pijaku z jednej dyskoteki do drugiej. Weszłam teraz na zupełnie inną drogę życia. Teraz byłam na autostradzie do piekła. Przynajmniej wszyscy się w tym piekle spotkamy. W niebie byłabym strasznie osamotniona. Chociaż niezależnie od mojej pracy i tak pewnie trafiłabym do kotła Belzebuba. W końcu podobno rasowcy byli wcielonym złem, tworem szatana wypartym przez Boga. A przynajmniej tak mówili starzy, chciwi księża.
    Randy wyciągnął spod jednego z foteli stary neseser i otworzył go z charakterystycznym brzęknięciem. AJ i AJ odeszli od walizki, tak, że mogłam zobaczyć jej zawartość dopiero po kolejnych paru minutach. Szczerze powiedziawszy, bałam się tam spojrzeć. Tutaj niczego nie można być pewnym... a już szczególnie zawartości tajemniczych walizek. 
    Gdy spojrzałam w końcu na zawartość, zaświeciły mi się oczy. Dosłownie. Metaliczny blask odbił się od tafli mych oczu. Neseser wypełniony był wszelkiego rodzaju bronią. Podręczne pistoletky, kolty, pistolety laserowe, bomby paraliżujące, prądowe karabiny, potocznie zwane "hot dogami"... głównie dlatego, że gdy strzeliłeś taką wypełnioną prądem tabletką w psa, to... hmm... no właśnie, pies zmieniał się w hot doga. Poczułam, jak na ten widok przechodzą mnie ciarki. Ta walizka wypełniona była milionem rodzajów śmierci. Poczułam, że mając to, mamy również wręcz boską potęgę- to my decydujemy, kto będzie żyć, a kto umrze. Sama przerażona byłam swoimi myślami... czyżby współpraca z Finnem już na mnie oddziaływała?
    — Trzymaj —  Randy wręczył mi zgrabny, mały pistolet. Chyba berettę, Dolph by wiedział. Zna się na broni lepiej ode mnie. —  Strzelałaś kiedyś?
   —  Nie. Tylko z wiatrówki —  przyznałam się z miejsca. Wolałam, żeby moja grupa była przygotowana na to, co może się wydarzyć, kiedy każą mi strzelać. Mogę przez przypadek przestrzelić komuś płuco. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby to niebezpieczeństwo nie wisiało też nad resztą członków Blockbustera.
    — Tym gorzej dla nich.
   Zaśmiałam się krótko, jednak dopiero, gdy poczułam w dłoni ciężar broni zrozumiałam, że to już nie przelewki. To strzela. To może zabić. Ja mogę zabić. A ja myślałam, że jestem niegrzeczną dziewczynką, bo co rano budziłam się z czarną dziurą w pamięci obok innego małolata/paszteta/modela z reklam Kleina (niepotrzebne wykreślić). Ha, wygląda na to, że pomimo ekstremalnych przypadków zarzygania całej konsoli DJ'a, rozbierania się na barze i innych alkoholowych skutków, byłam zawsze bardzo grzeczną dziewczynką. Przełknęłam głośno, co nie umknęło uwadze Randy'ego. 
    — Nie bój się. To twoja pierwsza akcja. Będziemy trzymać cię jak najdalej od strzelania.
    Uśmiechnęłam się do niego w podzięce, choć podświadomie chyba próbowałam tym gestem dodać sobie otuchy. 
   — Dzięki — odparłam i usiadłam z powrotem obok niego. — Skąd się wzięła ta nazwa? W sensie Blockbuster. Finn wam ją wybrał?
   — Zadziwiasz mnie — zdumił się Randy. — Nikt nie mówi o Demon Kingu po imieniu. . — Wywinęłam teatralnie oczyma. Co za ciemnogród. — Nie. King nie wybiera nazw oddziałom. W gruncie rzeczy mało które zespoły jakoś się nazywają. 
   — Więc sami wybraliście tę nazwę? Nie obraź się, ale brzmi trochę głupio.
   — Rak, wybraliśmy ją. Ale nie chodzi o brzmienie, tylko o znaczenie. Blockbusterem określa się niskobudżetowy film, którymi mimo niewysokich nadziei odnosi wielki sukces i przynosi wielkie zyski. Każdy z nas tu jest takim Blockbusterem. Nikt w nas nie wierzył, skazywali nas na straty, a my zdziwiliśmy wszystkich, osiągając więcej, niż podejrzewali. W dodatku kumulujemy Kingowi fortunę. 
    W sumie, po tym tłumaczeniu, uznałam, że ta nazwa ma więcej sensu, niż można by podejrzewać. Nie ma co polemizować, ja również jestem Blockbusterem i byłam nim jeszcze zanim przestąpiłam próg Penumbry. Jestem warta więcej, niż ktokolwiek może podejrzewać. Moi nauczyciele, rodzice, nikt nigdy nie podejrzewał mnie o osiągnięcie czegokolwiek, nie podejrzewał o ksztynę inteligencji. No, może z wyjątkiem jednego. Ale kiedyś wszyscy się zdziwią. 
    — Długo tu pracujesz? — spytałam po chwili, próbując odwrócić uwagę od mdłości, które zaczęły mnie dopadać przez szalone prowadzenie Owensa. 
   — No, będzie już z dziesięć lat. To ja stworzyłem Blockbustera. No, ja i AJ. W sensie AJ-kobietka. Potem doszedł do nas Owens, a jakiś rok temu AJ. A na końcu ty. 
    — I ja już zadbam o to, żeby ta grupa się już nie rozrastała — prychnęła wrednie AJ, wtykając pistolet za pasek za luźnych dżinsów. Nie ma co się dziwić. W pasie była tak chuda, że pewnie nosiła dziecięce rozmiary.
    — Zamknij się AJ — zripostował ją prosto zza kierownicy Kevin. Zaczęłam zauważać, że Owens wyjątkowo lubił gasić AJ jak taniego peta, kiedy tylko miał ku temu okazję. Milutko. AJ z jądrami miał za to wszystko w dupie. 
   — Ale ja cię nienawidzę — wysyczała w odpowiedzi AJ.
   — Z wzajemnością.
   Zaśmiałam się cicho. Gdybym zrobiła to głośniej, ta wariatka by mnie zastrzeliła. Nie ma co, będzie w tej grupie wesoło. Może dziwnie to zabrzmi, ale ci ludzie, pomimo tych wszystkich wyzwisk, wydawali się być do siebie nadwyraz przywiązani. Byli jak starzy przyjaciele, z którymi zjadło się beczkę soli. Myślę, że gdyby AJ coś się stało, nawet Owens by zapłakał.  Ja też miałam takich przyjaciół, jednak bałam się, że teraz, gdy robię to, co robię, Sami i Charlotte odwrócą się ode mnie. Choć z drugiej strony, czy to nie jest właśnie sensem przyjaźni, by mimo wszystko przy sobie wytrwać?
    Samochód stanął z takim impetem, że mała AJ niemal rozpłaszczyła się na jednej z szyb kierowcy,
    — Zrobiłeś to specjalnie — warknęła Lee, rozcierając obolały nos.
     — No pewnie — rzucił bez ogródek Owens, a ja dopiero zdałam sobie sobie sprawę, że oto dotarliśmy na miejsce, a ja nawet nie wiem, po co tu jesteśmy.
   — Co my tu w ogóle robimy? — spytałam Randy'ego, podczas gdy ten otwierał drzwi paki.
   — Zobaczysz. Spokojnie, nic się nie bój. To nie będzie nic groźnego — odpowiedział enigmatycznie.
    Wysiedliśmy z samochodu, uzbrojeni po zęby, co pozwoliło mi nieco zwątpić w słowa Ortona o "bezpiecznej akcji".Tsa, bezpieczna. Równie bezpieczna, co pływanie w Mississipi po butelce wódki.
   Nie znałam tej części miasta w jakiej się znajdowaliśmy szczególnie dobrze. Byłam tu zaledwie parę razy, kiedy jechałam po pijanego w sztok Dolpha do klubu go-go "Puddin' n'Pie", by zdążyć przed kolejną chorobą weneryczną. Teraz byliśmy jednak w jakiejś ślepej uliczce na tyłach lokalu. Stały tu jedynie śmierdzące na kilometr kosze na śmieci i stare wentylatory. W wąskiej bramie zaparkowany był pojemny van, teraz na oścież otwarty.
   Tylne drzwi klubu otworzyły się i wyszły zza nich dwie osoby. Wysoki, muskularny mężczyzna o egzotycznych rysach twarzy i czarnych jak heban, długich włosach ciągnął za sobą opierającą się, przestraszoną dziewczynę. Nie miała na sobie nic, oprócz bielizny, jej ręce były zakneblowane, a oczy mocno przewiązane jakąś szmatą. W ustach tkwił knebel.
   Z bagażnika vana  wysunął się tęgi, ciemnoskóry mężczyzna o udach szerokich niczym pnie dębu. Gdybym nie wiedziała, że jest gangsterem, nigdy bym się tego nie domyśliła, patrząc na jego miłą, poczciwą twarz. Zaraz za nim z tyłu samochodu wyszedł przeraźliwie chudy mężczyzna, o bujnym owłosieniu porastającym zarówno głowę, jak i twarz. Pierwsze jednak, co rzucało się w oczy, to przecudaczna, bogato zdobiona kurtka. Mężczyzna wyraźnie nie zwrócił na nas uwagi, żywo zapisując coś w swoim notatniku.
   — No, dawaj je tu— rzucił, nie odrywając wzroku od kartek. — Nie mamy czasu.
  — Ej, Kendrick! — krzyknął w ich stronę Randy i dopiero teraz wzrok chudzielca spoczął na nas. Cała trójka najwyraźniej dopiero zdała sobie sprawę z naszej obecności. — Chyba ci się trochę rewiry pojebały.
    — Orton, kopę lat. Kiedy to my się ostatnio mieliśmy tę wątpliwą przyjemność widzieć? — spytał w odpowiedzi, już zupełnie zapominając o swoim notatniku.
   — Chyba wtedy, jak strzeliliśmy w łeb temu twojemu żółtodziobowi, co? — zabrał głos brunet. Czarny tatuaż okalający całą jego lewą rękę podkreślał mocno wyrzeźbiony biceps.
    — No to chyba czas wyrównać rachunki. — Styles powoli zaczął zakładać swoje czarne rękawice.
   — Dajmy sobie spokój z uprzejmościami — westchnął Kendrick. — Czego chcecie? Balor znów ma ochotę dostać wpierdol?
   — Dobrze wiesz, czego chcemy. Znów przekraczacie granice. "Puddin' n'Pie" jest nasze. Ten rewir jest nasz. 
   — Tak? I co jeszcze? — zaśmiał się murzyn z bagażnika, a zza jego pleców słychać było zduszone szlochy.
   — A to — zaczął Randy, a jego twarz przybierała niebezpieczny wyraz. Zaczęłam drżeć, gdy zauważyłam, jak Styles niezauważalnie dobywa swojego gnata. — Że przy mnie nikt nie obraża Demon Kinga.
    I się zaczęło. To były ułamki sekund, kiedy dźwięki wystrzałów wypełniły całą uliczkę. Nie wiedziałam, co się dzieje. Poprowadzona instynktem samozachowawczym rzuciłam się za kosze na śmieci, chroniąc się przed kulami. Huk pistoletów rozrywał mi uszy. Gdy tylko odzyskałam świadomość na tyle, by być w stanie się rozejrzeć, zauważyłam, jak AJ wraz z Owensem chowają się za stalowymi drzwiami. AJ siedziała Owensowi na ramionach i z tej pozycji ostrzeliwała przeciwników z góry. Randy był najbliżej vana Kendricka, strzelając do niego zza kubłów na śmieci w czasie, kiedy Styles mierzył do wysokiego bruneta zza naszego pojazdu.
   Czerwona posoka wystrzeliła na metr w górę, gdy kula z trzaskiem przebiła korę mózgową pozostawionej na środku uliczki przez Reignsa dziewczyny. Nikt się tym nie przejął. Kompletnie nikt. Ja za to cała zdrętwiałam, widząc sączącą się z rozwalonej głowy krew niewinnej dziewczyny, kontrastującą teraz z brudnym betonem. 
   Gdy sytuacja stała się naprawdę opłakana, co znaczy, że Ortonowi zaczęło brakować kul, a stojący najbliżej niego ciemnoskóry zaczął rozpoznawać, że jego strzały od jakiegoś czasu to blef, Randy wyskoczył zza kubłów. Ruszył z rozbiegu w stronę przeciwnika, jednak nim zdążył do niego dobiec, wykonał potężny wyskok i sprawiając wrażenie, jakby rozrywał się na milion kawałków zmienił się w ogromną, niemal dwumetrową, szeroką jak moje udo żmiję. Zmiennokształtny. Randy, a w sumie żmija, jaką teraz był, próbowała atakować tęgiego mężczyznę na wszystkie sposoby, jednak po kilku ukąszeniach, które wyraźnie nie zrobiły na nim wielkiego wrażenia, pomimo faktu, że jeden kieł Randy'ego był długości palca, zaczął się męczyć. Wtem przeciwnikowi udało się schwytać go, niczym lianę zwisającą z drzew w swoje wielkie, niczym dwa szpadle dłonie i zacząć niebezpiecznie go ściskać. Orton ciskał się chaotycznie w uścisku czarnoskórego, lecz niewiele mógł zdziałać. 
    Wszyscy wokoło byli tak zajęci broniącymi się niczym lwy Kendrickiem i Reginsem, że nikt nie zauważył, w jak wielkim niebezpieczeństwie był Randy. 
   Westchnęłam ciężko, po czym przemówiłam w głowie do swojej wewnętrznej odwagi. Wyskoczyłam zza kosza na śmieci i biegnąć w stronę pojmanej żmii rozpoczęłam proces transformacji. Moje serce musiało zwolnić, zczarnieć. Z odmętów swojego umysłów wzięłam najbardziej bolesne, upokarzające wspomnienia, przekłuwając się w czystą, płynną nienawiść, jaka miała płynąć w moich żyłach. Zło, negatywne emocje wręcz rozsadzały mnie. Tak naprawdę rozsadzało mnie zjawisko samej transformacji. Rozrywały się moje kości, formując zupełnie inaczej niż dotychczas, a skóra rozciągała się nienaturalnie.
   Już po chwili stałam przed czarnoskórym w postaci ogromnej, człekokształtnej wilczycy. Człekokształtnej, bowiem wilkołaki nie były zwykłymi wilkami. Nie mówiąc już tylko o ogromnej różnicy wielkości, wilkołaki potrafiły chodzić na dwóch łapach, a posiadanie kciuka przeciwstawnego pozwalało im na funkcjonowanie niemal ludzkie.
   Z mojej paszczy sączyła się ślina, a nozdrza poruszały się niebezpiecznie. Nie czekając na głębszą reakcję afroamerykanina, rzuciłam się na niego swoimi ostrymi jak brzytwa zębiskami, na celu mają jego krtań. Delikatne szarpnięcie by wystarczyło, by wykrwawił się w dziesięć sekund. Czułam, że to już ten moment, kiedy wewnętrzna wilczyca przejmowała nade mną kontrolę, wyzbywając ludzkich uczuć.
   Murzyn puścił żmiję, która upadła z głuchym łoskotem na beton, zmieniając się z powrotem w Randy'ego, z trudnością nabierającego oddech. Gdy jednak byłam już gotowa na starcie, poczułam, jak ktoś potężnie uderza we mnie, wbijając mnie w posadzkę. Szarpałam się i wierzgałam. Parę sekund zajęło mi zrzucenie z siebie wysokiego bruneta. W tej postaci mogłam być od niego wiele silniejsza.
   Mężczyzna mierzył mnie niedowierzającym spojrzeniem, co wprowadziło mnie w delikatny stan konsternacji. Przyglądał mi się, jakby skądś mnie znał
   — To ona! — wrzasnął, a ja nie wiedziałam, kogo mam atakować. Wszystkie oczy zwrócone były w moją stronę. — Kendrick, to ona!
   Po tych słowach mężczyzna sam ewoluował w karej maści wilkołaka, o kłach niemal dwa razy dłuższych niż moje, a źrenicach jeszcze czerwieńszych, niż krew niedawno postrzelonej dziewczyny. Zbyt wiele o parę ułamków sekundy zajęło mi ogarnianie wzrokiem jego rosłem postaci. Czarny wilkołak rzucił się na mnie, przygważdżając mnie tym razem na amen do posadzki. Szarpałam się znów, próbując ugryźć przeciwnika, teraz jednak jedynie bezużytecznie kłapałam zębiskami. Aż poczułam ból w moim punkcie zero. Ból wbijanych tam zębów. Niemal jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wbrew własnej woli, po chwili leżałam przywalona ogromnym cielskiem wilka już jako moja ludzka, chuderlawa postać.
   — Bierz ją! — usłyszałam gdzieś z tyłu głos Kendricka, i nim się obejrzałam, będący już w ludzkiej postani ciemnowłosy mężczyzna zaczął ciągnąć w stronę vana. Nim jednak spostrzegłam, co się dalej działo, zemdlałam, ogłuszona silnym uderzeniem.


1 komentarz:

  1. Akcja, akcja, akcja!
    Bardzo podobał mi się ten rozdział, dużo się działo. Sceny walki napisane świetnie, czytało się łatwo i przyjemnie.
    Wydaje mi się, że w kolejnym rozdziale będzie się działo jeszcze więcej, więc czekam na niego niecierpliwie.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń